Rozdział III

poniedziałek, 5.listopada.2007, 23:16
Carrie siedziała w swoim „biurze” w siedzibie FBI, czyli w małym, tradycyjnie urządzonym, klimatyzowanym pomieszczeniu, w którym stały dwie półki z aktami i różnego typu innymi dokumentami, dwa biurka i kilka krzeseł. Starała się przerwać swój melancholijny nastrój kolejną kawą, ale chyba przestały już działać, bo wcale nie czuła się bardziej rozbudzona bądź pobudzona. Wręcz odwrotnie, z każdym kolejnym kubkiem rozkosznej rozpuszczalnej miała wrażenie, jakby Morfeusz już trzymał ją za jedną rękę.
Na szczęście w porę ktoś odważył się wejść do pomieszczenia, jeszcze chwilę i zsunęłaby się z krzesła na kółkach.
Podniosła głowę, pod ścianą stał Freddy. Jak zwykle uśmiechnięty i pozytywnie nastawiony do życia. Nie wiedziała skąd w nim tyle siły. Ona już powoli traciła resztki swojej energii. Obserwowała, jak Freddy podchodzi do swojej części biura i wygodnie rozsiada się w fotelu, po czym kładzie nogi na biurku. Ach, ci Nowojorczycy.
- Nie za wygodnie ci? – Powiedziała ironicznie.
- Nie bardziej niż tobie – głową wskazał na nią, kompletnie rozwaloną na swoim krześle.
Nie skomentowała tego, a w sumie nawet nie zdążyła, bowiem ktoś pozwolił sobie na przerwanie ich rozmowy pukaniem do drzwi. Ba, nie czekając na odpowiedź ten ktoś po prostu wszedł do środka. W sumie można by to uznać za swego rodzaju przejaw braku kultury, bo co jeśli Carrie i Freddy byli właśnie zajęci sobą? Mam tu na myśli coś bardziej intymnego od zwykłej rozmowy. Wtedy dla całej trójki mogłoby to być nieco krępujące.
Agent Sparrow nawet nie udawał zaskoczonego na widok dwójki rozwalonych federalnych, jednak z pewnością wolałby, żeby główna zainteresowana trochę poważniej podchodziła do sprawy. Cóż, marzenia ściętej głowy, prawda?
- Dzień dobry – przywitał się, jednak Carrie od razu zobaczyła, że pod pachą dźwiga co najmniej kilka kilogramów makulatury, czyli wszelkich akt i dokumentów dotyczących Mastera i jego morderstw.
- Powiedz mi, że to nie dla mnie – jęknęła.
- Nie lubię kłamać.
Carrie może nie tyle się załamała, co zdenerwowała na siebie. W duchu cicho liczyła na trochę mniejszy zakres lektur. No dobrze, miała nadzieję, że dostanie streszczenie wszystkiego na kilku kartkach A4, a tymczasem to co trzymał Sparrow było grubości wszystkich książek o Harrym Potterze wydanych w Stanach Zjednoczonych. Tak przynajmniej wydawało się agentce Carter.
- Tutaj są akta – położył jedną część papierów na biurku Carrie – a tu spis wszystkich ofiar, informacje o tym czym się zajmowały za życia, o ich rodzinach, znajomych i tak dalej i tak dalej. Myślę, że powinniście zapoznać się dokładnie z każdą sprawą. A najbardziej chyba z tymi ostatnimi. Mam tu na myśli te z literami i kilka poprzednich. Jednak, mimo że wszyscy którzy tym się zajmowali każdą stronę wertowali kilkanaście razy, możliwe jest, że Master gdzieś tam popełnił malutki błąd, który rzuciłby na jego postać trochę światła. Rozumiecie?
- Bardziej niż sobie wyobrażasz – mruknęła Carrie i wzięła do ręki pierwsze akta.
To będzie długi dzień, pomyślała.
I miała rację.

Carrie, Freddy i Jack siedzieli w biurze już piątą godzinę, kiedy zegar wybił osiemnastą. Wszyscy byli po co najmniej dwóch kawach i pączku, w aktach wszystko im się mieszało, a ich mózgi pracowały na dziesięciokrotnie spowolnionych obrotach. Nie mieli już sił ani energii, żeby dłużej przeglądać akta, więc zgodnie stwierdzili, że czas ruszyć do domu.
Każdy swoim samochodem pojechał w swoją stronę, a kiedy Carter przekroczyła próg swojego mieszkania i ściągnęła z siebie kurtkę i buty, od razu rzuciła się na kanapę w dziennym. Nie włączała telewizora, nie puszczała muzyki. Potrzebowała ciszy, spokoju i ciemności. Miała dosyć cywilizacji. Pierwszy raz w życiu pragnęła uciec na bezludną wyspę i schować się tam przed wszystkimi.
Nie miała pojęcia kiedy zasnęła, jednak obudził ją dzwonek do drzwi. Na elektrycznym zegarku sprawdziła czas, spała dwie piękne, długie godziny.
Sprawdziła przez judasz kogo do niej niesie, jednak ktoś zasłonił „oczko” ręką i nic nie potrafiła dostrzec. Przez chwilę zastanawiała się czy powinna otworzyć, bo skoro jakiś maniak chce ją zabić to nie jest tak do końca bezpieczna. Ba, wcale nie jest bezpieczna. Nawet w domu ten morderca może ją dopaść.
W końcu zaryzykowała i przekręciła klucz w drzwiach. Na jej szczęście tajemniczym gościem był Freddy. Trzymał w ręku czerwone wino i czekoladki. Nienawidziła tego, że znał ją na wylot. Wiedział czego teraz najbardziej potrzebowała. Bez słowa wpuściła go do środka. Z kuchni przyniosła dwie lampki, chipsy i paluszki. Wyżerka, że o ja nie mogę. Usiedli na kanapie, a Freddy włączył na DVD „Dziewięć i pół tygodnia”. Oglądali to może dwudziesty raz, a Carrie jak zwykle zachwycała się tym filmem.
Rozmawiali praktycznie przez cały seans, jednak pilnie obserwowali też to, co dzieje się na ekranie telewizora. Kim Basigner była właśnie karmiona przez Mickey’a Rourkiego. Niesamowita scena, pełna namiętości i czegoś co przyciągało widzów. Pokażcie mi kobietę, która nie chciałaby być na miejscu Kim. Pokażcie mi faceta, który nie chciałby być na miejscu Rourkiego.
Kolejna wspólna noc znowu skończyła się dla Carrie z głową opartą na ramieniu Freddy’ego, który obejmował ją ręką. Nie chciało jej się wierzyć, że rano znów czeka na nią powrót do akt, morderstw i ofiar. Jednak jej chęci i pragnienia akurat teraz nie były brane pod uwagę.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział II

piątek, 31.sierpnia.2007, 01:21
Blondynka wstała, podeszła do okna i przymknęła oczy. Przesłyszała się? Na pewno nie. Nie miała kłopotów ze słuchem. W takim razie, co się do jasnej cholery dzieje?! Nie miała żadnego tajemniczego, zazdrosnego i chorego psychicznie wielbiciela, ani byłego, urażonego kochanka. O co chodziło Bernettowi? Przecież na świecie dużo kobiet nazywa się tak jak ona. Carrie to popularne imię, a o nazwisko Carter jest prawie tak słynne jak Smith czy Miller. Jednak czy mogła wierzyć w to, że całe CIA i FBI mogło się mylić? Przecież na pewno podejrzewali, że mordercy chodzi o kogoś innego, a niekoniecznie o tą Carter. Pewnie musieli coś odkryć, skoro uderzyli właśnie do niej...
- Agentko, musimy gdzieś pojechać. - Ciszę, która trwała przez kilkadziesiąt sekund, przerwał Bernett.
Kobieta pokiwała głową i ruszyła w stronę drzwi.
Wsiadła do czarnego bmw minutę później. Zajęła miejsce pasażera i choć żałowała, że nie może jechać swoim samochodem, dobrze, że tak się stało. Była roztrzęsiona, mimo że nie chciała się do tego przed sobą przyznać. Jak to, ona? Roztrzęsiona? Śmiechu warte. Przecież agentka Carter panowała nad sobą w każdej, nawet najbardziej stresującej chwili. Czy to był tylko mit, który stworzyli dumni z niej koledzy z pracy? Bardzo możliwe.
Nie wiedziała gdzie jadą. Ani ona, ani on się nie odzywali. Nie było to niby jedno z tych irytujących i denerwujących milczeń, jednak wolała, żeby coś powiedział. Wiedziała jedno, kiedy wróci do domu, upije się.
Bernett skręcił w prawo i wjechał w ciemną uliczkę. Dokąd ją wiózł? W końcu powiedział, żeby wysiadła. Razem przeszli około dziesięciu metrów. W końcu doszli do grupki ludzi. Blondynka zauważyła, że każdy ma na swoim ubraniu identyfikator CIA. Pięknie, pomyślała. Zauważyła, że przy czymś, co leży na ziemi, klęczy ciemnowłosy mężczyzna. Gdy podeszła bliżej i zorientowała się, co jes to coś, prawie krzyknęła.
Człowiek, a raczej resztki człowieka, które tam były nie sprawiały przyjemnego wrażenia. Głowa leżała conajmniej pół metra dalej od szyji. Ręce i nogi pozostały przy tułowiu, jednak kości... Wyglądało tak, jakby ten ktoś miał złamania otwarte na przedramieniach i łydkach. Na klatce piersiowej były jakieś znaki, jednak ich nie rozpoznała.
Usłyszała za sobą szelest, więc szybko się odwróciła. Zobaczyła Bernetta i jakiegoś drugiego, wysokiego mężczyzny obok niego. Żadnych szczegółów nie była w stanie dostrzec. Wszystko przez tą cholerną ciemność!
- Poznaj agenta specjalnego Jacka Sparrowa. Agencie Sparrow, to jest agentka specjalna Carrie Carter.
- Miło mi - Sparrow wyciągnął dłoń w stronę blondynki, a ta uścisnęła ją.
Bernett podszedł do mężczyzny, który klęczał nad zwłokami i powiedział do niego kilka słów. Ten od razu wstał i odwrócił się.
- Tak, tak... Straszna sprawa, straszna. Pani musi być tą agentką, tak? Jestem patologiem. Proszę przyjrzeć się twarzy denata, poznaje ją pani? - Carrie niechętnie spojrzała na oświetloną latarką głowę i szybko przerzuciła wzrok na patologa. Afroamerykańczyka, który leżał tam z odrąbaną głową, nigdy nie widziała, więc potrząsnęła głową przecząco. - W takim razie niech pani spojrzy na to - skierował światło latarki na klatkę piersiową denata.
- O Boże - jęknęła cicho Carter i zemdlała, prosto w ramiona swojego szefa.
***
Ocknęła się w samochodzie. Ktoś klepał ją po twarzy i w kółko powtarzał "agentko Carter, agentko Carter". Powoli otworzyła oczy i pomagając sobie rękoma, podniosła się. Siedziała, a raczej leżała na tylnim siedzeniu. Obok niej siedział Lance Bernett, a w ręku trzymał butelkę wody mineralnej.
- Napij się, dobrze ci zrobi.
Blondynka posłuchała i po zrobieniu kilku dużych łyków, zdjęła nogi na podłogę i rozejrzała się. Nie była w samochodzie szefa.
- To mój wóz - odezwał się ktoś.
Odwróciła się. Na siedzeniu pasażera z przodu siedział agent Jack Sparrow. Dopiero teraz mogła mu się dokładnie przyjrzeć. Miał czarne włosy za ucho i ciemne oczy. Na twarzy był conajmniej dwudniowy zarost, który stanowczo dodawał mu uroku, a na szyji zawieszone były rzemyki z wisiorkami. Ubrany w czarną marynarkę, spodnie, biały podkoszulek i z tym kapeluszem na głowie, był bardzo w jej typie. Ledwo zdołała oderwać wzrok od jego oczu. Czuła się jak zahipnotyzowana.
- Carter, mam nadzieję, że dobrze się czujesz?
- Tak, już mi lepiej - powiedziała cicho blondynka.
- W takim razie zapamiętaj, co teraz ci powiem. Oczywiście dostaniesz ochronę, ale będziesz musiała zająć się tą sprawą. Może to ktoś kogo znasz, albo ktoś z twojej przyszłości. Jutro agent Sparrow zapozna cię z wszystkimi faktami, ofiarami i wszystkim co wiemy na temat Mastera. Będziecie teraz razem pracować. Aha, jeśli będzie potrzeba wyjazdu poza granice Stanów Zjednoczonych to będziesz miała takie prawa jak agent CIA. Możesz działać na całym świecie. Twój samochód stoi już na parkingu pod domem. Chodź Carter, odwiozę cię.
***
Nie wierzę, że tam zemdlałam, ale w sumie chyba każdy zrobiłby to samo. Nie jestem przecież z plastiku. Gdybym była to pewnie powiedziałabym, że to nic takiego. No, ale nie jestem. Nie mogę panikować. Agent Sparrow wygląda na kompetentnego, więc razem szybko znajdziemy tego maniaka.
O co w tym wszystkim chodzi? Ni z gruszki, ni z pietruszki dowiaduję się, że jestem w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Kiedyś rzucę się z mostu i będzie tyle dobrego.
Muszę spojrzeć na to świeżym okiem, więc nie piję dziś. Ani łyczka. Nic. Nie chcę jutro mieć kaca. Muszę być wypoczęta i pełna energii. Zapomniałam o optymiźmie. Ten też byłby bardzo wskazany.

Blondynka zatrzasnęła mały, czerwony zeszyt i odłożyła go na górną półkę w swojej sypialni, a później zakryła go innymi książkami, żeby przypadkiem nie wpadł w niepowołane ręce. Zaczęła pisać pamiętnik niedawno, jednak teraz codziennie coś w nim zapisywała. Kiedy nie miała pod ręką Freddy'ego, to w pamiętniku się wyżalała. Tylko jedną wadę miał ten czerwony przedmiot. Nie mógł się z nią napić. Ale przecież nie miała pić.
Przebrała się w piżamę i weszła pod kołdrę. Myślała, że będzie tej nocy cierpieć na bezsenność, jednak zasnęła po krótszej chwili.
***
Wsiadł do samochodu i z piskiem opon odjechał. Wszystkie światła w jej mieszkaniu zostały zgaszone. Wystarczająco ją nastraszył? Sami się zastanówcie, co zrobilibyście na jej miejscu, kiedy na klatce piersiowej przypadkowego człowieka wyczytała:
Agentka specjalna FBI
Carrie Carter
ur. 4 kwietnia 1980 r.
To jej szukam.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział I

czwartek, 23.sierpnia.2007, 01:16
Wiele jestem w stanie zrozumieć. Naprawdę wiele. Nawet polityków ostatnio zaczęłam rozgryzać, więc jest już całkiem dobrze. Jednak nigdy sama sobie nie odpowiem na to, czemu mój szef zawsze, ale to zawsze ma dla mnie pilną sprawę w sobotni wieczór. Przecież to jest nienormalne!
Jak kulturalny człowiek siedzę w moim saloniku i z czerwonym winem oglądam film(oczywiście zachowuję się bardzo cicho, mieszkam w bloku, więc nie należy denerwować sąsiadów), a tu dzwoni mój szef i mówi, że mam za chwilę być w jego gabinecie i nic go nie obchodzi, że jest sobota. Jeśli znowu chodzi o coś tak błahego jak ta moja ostatnia "ryzykowna misja" to się na niego obrażę i rzucę tę robotę. Nic, tylko uganiam się za przestępcami!
Chyba miałam gorączkę, kiedy namawiałam Freddy'ego na to FBI. Trudno, teraz tylko muszę się jakoś z tego wykręcić. Pogadam z Freddy'm. On coś wymyśli.

***
Wysoka blondynka w ciemnych dżinsach i granatowej bluzce wsiadła do toyoty land cruiser i z piskiem opon odjechała w stronę siedziby FBI. Przed wjazdem na służbowy parking musiała trzy razy pokazać swoją legitymację. Kiedy już zaparkowała samochód, szybko udała się na czwarte piętro, na którym znajdował się gabinet największej szychy w FBI, dyrektora Lance'a Bernetta i tych ważniejszych pracowników FBI. Nie chodziło oczywiście o agentów i agentów specjalnych, bowiem oni - a zwłaszcza ci drudzy, byli na specjalnych warunkach i chyba jako jedyni nie bali się Bernett'a.
Przywitały ją jak zwykle te same ściany, sufity i podłogi. Uwielbiała tą robotę, chociaż może nie mówiła tego każdemu, jednak nie znosiła tych wszystkich gabinetów. Kojarzyły jej się z kiepskimi filmami akcji.
Pchnęła uchylone drzwi i zajrzała do środka. Przy biurku siedział rozmawiający przez komórkę Bernett. Ubrany w swój standardowy zestaw ubrań, czyli dżinsy i marynarkę khaki, na widok Carter prawie się rozpłakał z radości. Od razu rzucił "muszę kończyć" do słuchawki i odłożył telefon.
- Nie wierzę, że to mówię, ale cieszę się, że cię widzę Carrie. Siadaj - polecił, a sam wyciągnął z szafki dwie szklanki i wodę. - Zaproponowałbym ci coś mocniejszego, ale teraz powinnaś być trzeźwa.
Blondynka kiwnęła tylko głową i usiadłą. Rozglądnęła się dookoła. Nic się tu nie zmieniło przez ten tydzień. Na ścianach wisiały te same dyplomy i zdjęcia, a na półkach, oprócz mnóstwa segregatorów, stały również te same puchary.
- Nie wiem jak mam ci to powiedzieć. Pewnie mam zacząć od początku, ale sam nie wiem gdzie tu początek, a gdzie koniec.
- Szefie, może szef od razu przejdzie do rzeczy?
Bernett zacmokał, pokiwał głową i otworzył usta po po chwili ponownie je zamknąć. W końcu po jakiejś minucie zebrał wszystkie fakty i myśli do kupy i zaczął mówić.
- Pewnie słyszałaś, że CIA prowadzi tajne śledztwo w sprawie bardzo groźnego i niebezpiecznego seryjnego mordercy, prawda? Właśnie o tej sprawie chcę z tobą porozmawiać.
Podniósł szkłankę do ust i wypił prawie całą wodę.
- Nazywa się Master i zabił już prawie sto osób. Najgorsze jest to, że wybierał te ofiary przypadkowo. Spotykał ludzi na ulicy i mówił sobie "tego zabiję dzisiaj". Za tydzień robił to samo.
- Ile czasu już trwa śledztwo?
- Pół roku. Jednak jego pierwsze ofiara, a przynajmniej ta, którą uważają za pierwszą, zmarła osiem miesięcy temu. Wtedy jeszcze nie łączyli tego morderstwa z seryjnym mordercą. Dopiero, kiedy zaczął się podpisywać pod swoim dziełem...
- Słucham?
- Na każdym kolejnym ciele Master nożem wypisywał swoje imię, a raczej pseudonim. Uwierzy mi lub nie, ale to co robił ze swoimi ofiarami było po stokroć gorsze od pięciu kulek prosto w genitalia. Potrafił godzinami się nad nimi pastwić. Doprowadzał ich do stanu, kiedy błagali o śmierć. Odcinał im części ciała żywcem...
Carter odchrząknęła znacząco. Bernett spojrzał na nią.
- Obejdzie się bez szczegółów, szefie.
- Po prostu był i jest dalej chorym psychicznie wariatem. CIA oczywiście kilka razy już prawio go złapało, jednak zawsze jakoś im zwiał. Wiesz, co ich zdziwiło? Ostatnie trzynaście ofiar najpierw naznaczył jedną literą alfabetu, później się "podpisał" - Lance zaznaczył w powietrzu cudzysłów - a na końcu strzelał im w twarz i ciała dostarczał systematycznie co dwa dni pod drzwi starszej pani w Livingston.
- A dlaczego zajęło się tym CIA, a nie my? I dlaczego to takie dziwne?
- Zajęli się tym oni, bowiem Master mordował też w Europie i Australii, a dziwne, bo... Litery alfabetu wyryte na ciałach ostatnich ofiar układają się w dwa słowa.
- Jakie?
- Carrie Carter.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Prolog

wtorek, 19.czerwca.2007, 23:54
"Jesteś aresztowany, powoli podnieś ręce do góry" takie słowa usłyszał tęgi mężczyzna siedzący w fotelu zanim skuto jego ręce kajdankami. Robił to, co mu kazano. Nie kłócił się, nie dyskutował. Wiedział, że to już koniec. I mimo wszystko wolał trafić na ławę oskarżonych niż popełnić samobójstwo czy dalej się ukrywać. Oddał się w ręce Federalnych, bo tak mu po prostu było najłatwiej. Zresztą dochodziły do tego wszystkiego wyrzuty sumienia. Na pewno pojawiły się one za późno, jednak lepsze to, aniżeli miałyby się w ogóle nie pojawić. Wtedy dopiero wyszedłby na człowieka bez serca i jakichkolwiek uczuć. A przecież uczucia miał. Nie były mu obce. Możnaby stwierdzić, że to właśnie przez nie wpadł w to bagno. Gdyby wtedy go nie okłamała... Gdyby potrafił powstrzymać impuls i gdyby nie miał wtedy w broni za paskiem spodni. Gdyby nie strzelił... Gdybanie już tutaj nie pomagało. Co się stało to się nie odstanie. Nie bez powodów wszyscy się go bali. W ciągu niecałych pięciu lat zamordował ponad pięćdziesiąt kobiet w całych Stanach Zjednoczonych. To się w głowie nie mieściło.
Kiedy już miał założone kajdanki i pozwolono mu się obrócić, zobaczył kto go aresztował. Tym kimś była wysoka blondynka o zielonym, odważnym spojrzeniu i niesamowitej sylwetce. Obok niej stał jeszcze wyższy brunet. Jego duże, szare oczy patrzyły teraz na mężczyznę. W dłoni trzymał dwa pistolety, jeden zapewno blondynki, która przed chwilą skończyła zapinać metalowe kajdanki. Za tą dwójką mężczyzna zauważył jeszcze kilka agentów. Wiedział, że na zewnątrz jest ich dwa razy tyle.
- Idziemy Verner. I lepiej bądź grzeczny - warknęła ostro kobieta, po czym odwróciła się i pewnym siebie krokiem ruszyła w stronę drzwi. Reszta Federalnych zajęli się bandziorem.
Blondynka podeszła do czarnego samochodu marki mercedes i oparła się o jego maskę. Wzrokiem śledziła, jak jej koledzy z pracy wsadzają Vernera do furgonetki FBI, po czym odjeżdżają. Odetchnęła z ulgą. Kolejna sprawa rozwiązana. Zamknęła oczy, a kiedy ponownie je otworzyła, zobaczyła stojącego przed sobą jej jedynego, prawdziwego przyjaciela - Freddy'ego Krisha, którego znała jeszcze ze studiów informatycznych, których podjęła się jeszcze przed kursem do FBI. Ile to już lat minęło? Prawie osiem. Wtedy była dziewiętnastolatką bez pomysłu na życie. Nieuleczalną z optymizmu i spontaniczności. Wiele wtedy narobili bałaganu na uniwersytecie razem z Freddy'm. Później obydwoje zdecydowali się, żeby skorzystać z szansy i zapisali się na listę kandydatów do pracy w FBI. Dostali się. Zaczynali od błahostek. Później awansowali i teraz są jednymi z najlepszych agentów specjalnych. Otrzymują nie byle jakie sprawy. Tu seryjny morderca nie do wykrycia, tam diler narkotyków, którego nikt go nie potrafił wytropić. Co najlepsze, każdą sprawę potrafili rozwiązać.
- Carrie, gratuluję - brunet usiadł obok niej na masce samochodu i spojrzał na innych Federalnych, którzy przeszukiwali dom w celu znalezienia nowych dowodów.
- Nie ma czego, Verner sam nas na siebie naprowadził. Chciał żebyśmy go dorwali, ale wstydził się tak dobrowolnie stawić na komisariacie. Wodził nas za nos. Sprytnie - dodała po chwili, a Freddy roześmial się. - Co?
- Od zawsze w tych wszystkich bandziorach i mordercach odnajdujesz jakieś pozytywne cechy. Jesteś niemożliwa.
Blondynka wstała i poprawiła włosy. Później wyciągnęła z kieszeni dżinsów kluczyki do samochodu i otworzyła drzwiczki.
- Jadę do domu, podwieźć cię?
Freddy nie kazał się długo namawiać. Po pięciu sekundach siedział już na miejscu pasażera.
***
Carrie Carter miała dwadzieścia siedem lat, psa i mieszkanie. Wszystkim była znana ze swojego wyglądu. Wysoka, zgrabna i seksowna blondynka. Zielone oczy, ponętne usta. Sposób w jaki chodziła przyprawiał każdego mężczyznę o dreszcze. Ale nie musiała szczycić się jedynie tym jaka była z zewnątrz. Wewnątrz też niczego jej nie brakowało. Odważna, szczera i sprytna. Odpowiedzialna, nie rzucała nigdy słów na wiatr. Znana z konsekwentnego postępowania i trzeźwego myślenia. Była prawie idealna. Prawie, bowiem odkąd zaczęła na poważnie pracę jako agentka FBI wszelkie uczucia stały się jej obce. Przez niecałe sześć lat na randce była może trzy razy. Miłość? Twierdziła, że ma jeszcze czas na takie "głupoty". Jedynym mężczyzną, z którym się spotykała był Freddy. Jednak z nim łączyła ją przyjaźń i nic więcej. Była samotna bardziej niż myślała. Puste mieszkanie, puste miejsce po drugiej stronie łóżka. Nikogo z kim można by było się pokłócić o przesoloną zupę. Zresztą, jaką zupę? Carrie nie gotowała. Nie miała dla kogo. Jej samej wystarczyła pizza z restauracji na dole. Do tego czerwone wino i heja. Siódme niebo.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Szablon

Szablon autorstwa Julki, specjalnie dla Cady.
Łapki przy sobie!